Nie pamiętam dokładnie czy był to nasz pierwszy wyjazd z kolegą Łukaszem(mieszkaliśmy razem w akademiku SGGW) na rowerze z sakwami, ale na pewno nie ostatni. Był piękny dzień, śpiewały ptaki na kampusie, sikorki chodziły po chodnikach i nagle!Dzwoni Lucky!: – Co robisz? – Patrze na sikory przez okno – Czyli jedziemy.- Gdzie jedziemy? – Jedziemy do Częstochowy, skąd biegnie do Krakowa zajebisty Szlak Orlich Gniazd.- Kiedy mamy pociąg?- Jutro w południe.

Wyjazd ustawiony. Wyciągam sakwy do których wkładam kolejno:

  • namiot Jack Wolfskin gossamer- super lekki namiot, jedynka, trochę niewygodny. Za to niezastąpiony, kiedy zabierasz ze sobą koleżankę,
  • śpiwór- w zależności od pory roku odpowiednia grubość,
  • latarkę na czoło do rozkładania namiotu w kukurydzy,
  • klucze do pasów cnoty.
  • zapasową dintkę
  • mapy
  • spodnie, majtki, koszulkę i kurtkę
  • kosmetyki których używał Bond
  • aparat
  • prezerwatywy- używam ich jako bukłak.
  • kabanosy, suszoną wołowinę na śniadanie

Po oględzinach roweru odhaczykowuję punkt na liście przegląd i patrzę, gdzie to, co to.

Kolejnego ranka przyjeżdża Łukasz, zaczynamy nakręcać się pozytywnie. Pomyśl! przed nami prawie 10 całkowicie wolnych od spalin miasta dni w całkowicie nieznanych miejscach, tyle nowych osób które poznamy, niecodzienne sytuacje i noclegi w namiotach.

Dobija 11.00! trzeba wyjeżdżać na dworzec. Jedziemy dobre 20 min na wschodni, przy okazji wypijamy kawę i ucinamy krótką pogawędkę ze sprzedawcą na temat koni arabskich. Przyjeżdża pociąg! Ładujemy się do przedziału rowerowego i wiooo.

Częstochowa- dlaczego często i chowa?

Jadąc z dworca na Jasną Górę zauważam coś, co nigdy nie rzucało się tak w oczy. Tyle tu atrakcyjnych dziewczyn! -Lucky, kiedyś tu jeszcze przyjedziemy. Dobijamy do sanktuarium zobaczyć czy coś się zmieniło od ostatniego razu, modlimy się po swojemu i ruszamy szybkim tempem przed siebie.

2

Łukasza rower. 28″

1

Czerpiemy wodę ze źródełka przy kościele św. Barbary. Smaczna, ale na urodę mi nie pomogła.

3

Chwila wyciszenia i jedziemy dalej. Wiara jest potężnym narzędziem.

Kierujemy się na południowy-wschód, by dojechać stosunkowo wcześnie do XIII wiecznego zamku w Olsztynie.

5

Zameczek w Olsztynie nocą. Duchy wyglądają przy prawej wieży.

6

Zmarnowany Radek.

7

Pierwsza noc na czuwaniu- rozbiłem się na drodze.. Było ciemno!

8

Piękny poranek. Ostatnie spojrzenie na zamek i jedziemy na śniadanie.

Jedziemy dalej. Kolejnym punktem na naszej trasie jest XIV wieczny zamek w Mirowie.

910

15

Relaks. Czy zna ktoś jakiś szampon, który się nie pieni?

Na mapie widzimy kolejny zamek w Bobolicach, gdzie poznaję sympatyczną wf-istkę z gromadką dzieci. Pozdrawiam Aniu!! Smaruj deski, w zimie szusujemy. Wymieniamy się numerami i zarządzamy postój, bo żar leje się z nieba. -Lucky, siesta, idziemy na piwo, a później drzema.

14

Pani widocznie o czymś myśli, że zagryza wargi tak namiętnie.

11

Niesamowicie to wygląda.

13

Jednak o czymś myśli. Pozdrawiamy Cię!!

12

Na zdrowie. I na rower!

16

Ruiny zamku Ogrodzieniec w Podzamczu- ponoć tam jakiś czarny pies po nocach chodzi.

Kolejno odwiedzamy zamek w Rabsztynie i Pieskowej skale.

17

Gnamy do naszego ostatniego zamku w Pieskowej skale, który wszystkim polecam ze względu na bogate zbiory muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu. Warto zapłacić kilka złotych i spojrzeć, co jest w środku.

18

Pod górkę i nie ma lipy.

19

To co lubię. Elegancko wygolony ogródek.

21

Kazimierz III Wielki kiedyś tam wyglądał.

Szlak Orlich Gniazd dobiegł końca w Krakowie, gdzie wsiedliśmy w pociąg……Nieee! musieliśmy zaliczyć dobre imprezy. I tak też się stało. Jazz Rock Cafe i Carpe diem- dwie konkretne imprezy, zwłaszcza ta pierwsza. Dopiero teraz zaczęliśmy kolejny etap podróży. Odcinek: Kraków- Stary Sącz pociągiem oraz Stary Sącz- Zakopane na rowerze.

Ruszamy!!

Nie mieliśmy bardzo pomysłu na ten drugi odcinek, aż wreszcie Lucky postawił palec na mapie. Było wiadomo, że jedziemy do Starego Sącza.

Podróż w ostatnim wagonie… Tssss, Tssss, panowie kolarze wyjąwszy zza przykurzonych pazuch puszki z Harnasiem- a jakże!! w górach jesteśmy- i wypiwszy, zaczęli wspominać czasy jak to jeździli z Szozdą, Szurkowskim w wyścigach pokoju. -” I podjeżdzam do Wacka i mówię: odjeżdżamy kurwa!! Teraz! Nie ma, że boli. I tak się chłopaki wygrywało zawody”. Yhy. Ok.

Awaria bagażnikaro

Godzina 18.00 i problemy z bagażnikiem. W takich sytuacjach poznaje się dobrych ludzi.. Po licznych zapytaniach, gdzie możemy dostać śrubę lub znaleźć mechanika w końcu otrzymałem odpowiedz. Jedziemy do salonu rowerowego!! Modlę się żeby było jeszcze otwarte. Wjeżdżamy przez bramę i widzę otwarte drzwi. Jesteśmy w domu. Okazało się, że ojciec właściciela sklepu jest zapalonym kolarzem. Pokonuje po kilka tysięcy kilometrów rocznie. Na odjeździe pyta się, gdzie jedziemy. Odpowiadamy, że do Krościenka. On na to: „wstąpcie do księdza na spanie, on też jeździ”. I pojechaliśmy.

25

Piękna trasa wzdłuż Dunajcu.

26

Dojechaliśmy. Idziemy na plebanie.

Późna godzina. Była już prawie 24.00. Pukam na plebanie..Ktoś otwiera. Grubszy ksiądz. Mówię, że pielgrzymi, jedziemy ze Starego Sącza, gdzie poznaliśmy jednego kolarza i tak może moglibyśmy się rozbić namiotami na terenie plebani?? Poczekajcie, zawołam księdza Henia. Przychodzi ksiądz Henio, którego serdecznie pozdrawiam- człowiek z klasą. I mówi, że można się rozbić, ale przed tym coś sprawdzi. Poczekajcie. Wraca i mówi, że ma wolny pokój, możemy przenocować w środku. No to super! Tylko nasz plan napicia się poszedł w dym. Zostaliśmy ugoszczeni pomimo późnej godziny po czym zapytaliśmy czy jest jakaś msza z rana. Jest! Idę ją odprawić o 6.00. Idziecie? Idziemy. Wstaliśmy z rana i zobaczyliśmy niesamowitą poranna mgłę przez okno.

27

Muszę przyznać, że ksiądz na takich wioseczkach ma duże uszanowanie. Idąc do starego kościółka ludzie kłaniali się w pas, co w miastach raczej się nie zdarza. Wracając z mszy poznaliśmy kolejną dziewczynę (długa historia).. Wspólne śniadanie z księdzem Heniem, pyszne oscypki, świeżutkie pieczywo, wędliny, pyszna kawa z ekspresu. Nadszedł czas pożegnania!

28

 Jedziemy do Szczawnicy i dalej, aż do Zakopanego. 120km w deszcz, pod górkę, wiatr. Daliśmy radę!

Dobiliśmy do Szczawnicy, gdzie byliśmy umówieni z dziewczynami. Pogaduchy, buziaki, kilka zdjęć. Ruszamy dalej.

31

Flisaki spuszczają tratwy.

Dojechaliśmy do wilgotnych, deszczowych Pienin na większy obiad.

pie

Zaczynamy podjazdy, które oblewają nas potem już w Sromowcach niżnych, później jest tylko gorzej. Ale przecież ma być ciężko!! Gdyby było za lekko życie nie miało by sensu. Wyznaczyliśmy ambitny cel: „Jedziemy do Zakopanego do Marymontu” No to na pedały. Po drodze mijamy Czorsztyński zamek, a w butach chlupie.

33

mok

Po kilkudziesięciu kilometrach robi się zimno, umysł pracuje na nasza niekorzyść. – Zatrzymujemy się przed Zakopanem!!- Nieee! jedziemy do Zakopca. Już niedaleko. Jakieś 45 kilometrów. Po drodze próbowaliśmy zatrzymywać busy, pytać księży o nocleg, ale wreszcie zmarnowani dojechaliśmy do wcześniej zabookowanego cieplutkiego Marymontu. Była godzina około 23.00. Na wejściu zarezerwowaliśmy saunę na 23.00, ale nikt nie dał rady zejść na dół. Padliśmy jak muchy.

Z rana pyszne śniadanie i przejazd na dworzec PKP.

dwo

Długa relacja, bo długa wyprawa. Co mogę dopisać to to, że warto przejechać na spokojnie Szlak Orlich Gniazd. Zanim wyruszycie poczytajcie trochę o historii zamków.  Warto.

Kóniec!

Fot. Łukasz Wasak