Pierwszy tekst Gosi.

560 km rowerami, czyli od Gdańska po Warmię i Mazury

Tej podróży nie zapomnę nigdy, spędziłam kilka najpiękniejszych dni z ukochanym. W ciągu dnia przemierzaliśmy setki kilometrów, zatrzymując się czasem to w lepszej to gorszej restauracji, podmiejskim sklepiku, parku. Poznaliśmy wiele wspaniałych oraz pomocnych ludzi.

Pierwszy dzień stwierdzam za mniej interesujący, gdzie będąc w Gdańsku trafiliśmy na zatłoczoną część miasta i odbywający się Jarmark Dominikański. Zatrzymując się w restauracji przyglądałam się przechodniom. Wszyscy stanowili jakby zahipnotyzowany korowód, idący bez celu z powodu braku pomysłu na spędzenie swojego pięknego wolnego dnia niedzielnego. Wyjeżdżając z miasta nie było mi szkoda, cieszyłam się z przebytych kilometrów, podziwiałam zielone trasy. Oczywiście staraliśmy się unikać zatłoczonych dróg. Tak trafiliśmy do Pasłęka, gdzie udało się znaleźć gospodarstwo, w którym rozbiliśmy namiot i spędziliśmy pierwszą noc. Choć nie była ona przeze mnie wykorzystana w 100% na sen nasłuchując odgłosów drzew i trawy, wspominam wspaniale.

Rano przywitaliśmy kolejny dzień, chłodny poranek obudził zmysły i pobudziły do dalszej podróży. Po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów Radek zaproponował kąpiel, haha jasne, pomyślałam, ciekawe jak to zrobi. Ku mojemu zdziwieniu podjechaliśmy do domu, gdzie poprosiliśmy o użyczenie wody w wiadrze i umycia się. Tak oto po raz pierwszy po wielu latach myłam się pod rześką wiejską wodą biegnącą prosto ze studni. Kilka sekund oblewania i ciało przyzwyczaja się do temperatury. Po kwadransie byliśmy gotowi na dalszą podróż. Po drodze kilka kaw i tak dotarliśmy do kolejnego punku noclegowego. Zadając pytanie o umożliwienie rozbicia namiotu, zauważyłam zdziwienie otwierającej drzwi właścicielki działki, oczywiście zgodziła się, zaprosiła na ciepłą herbatę, zrobiła nam jeszcze jedną przepyszną z rumem do termosu abyśmy się ogrzali w namiocie. Ta noc miała być dość chłodna, staraliśmy się szybko ogrzać namiot. Mimo faktycznie niskiej temperatury, poradziliśmy sobie, a ja spałam jak dziecko. Właścicielka domu, nie dość że wieczorem nas ugościła, rano zrobiła śniadanie oraz kawę. Jesteśmy jej bardzo wdzięczni za pomoc i gościnę. Wszystkiego dobrego dla Pani z m. Biskupiec.

Kolejne dni mijały bardzo powoli, zwiedzaliśmy piękne okolice, tereny były nie boję się użyć określenia: górzyste. Trafiliśmy na dwa dni deszczowe, które powstrzymywały naszą podróż. Zatrzymywaliśmy się wówczas w pobliskich restauracjach. Po deszczowym dniu marzyliśmy o ciepłym kącie i odpoczynku. Mimo przebytych zaledwie kilkudziesięciu kilometrach, zdecydowaliśmy się na nocleg w pensjonacie. Ku naszemu zdziwieniu, to nie był zwyczajny pensjonat. Wjazd przypominał popularne sprzed kilkudziesięciu lat żwirowe podjazdy dla gości na dworek. Poznając właścicielkę oraz historię naszej noclegowni, byliśmy pod wrażeniem. To był stary, jedyny zachowany w części stary budynek dworca kolejowego Trzonki. Właścicielka zajęła się tym budynkiem z sercem, pochłonął ją całą, jednak opłacało się. Dziś ma piękny dom oraz możliwość zarobku. Życzymy jej powodzenia. Może kiedyś znów zawitamy w te okolice.

Ostatnią noc spędziliśmy w namiocie, u spotkanego pod sklepem właściciela niewielkiej działki położonej w Nowej Wsi, ok 130 km od Warszawy. Na pierwszy rzut oka, stwierdziłam: „Nie, przecież to pijak, będę się bała tam spać” Jednak po kilku minutach zastanowienia zdecydowaliśmy się pozostać przy pewnym miejscu. Pan Kwiatek zaproponował nam nocleg w swoim skromnym, drewnianym domku. Oczywiście podziękowaliśmy i rozbiliśmy namiot nieopodal. W domku byliśmy przez chwilę, właściciel był biednym pracującym mężczyzną, który nie dbał o dobro materialne, najważniejsza była rodzina, sam żyjąc szczęśliwie w prowizorycznym budynku, gdzie znajdowały się jedynie dwa pomieszczenia: kuchnia i sypialnia, bez łazienki i toaletą, tzn. wychodkiem na zewnątrz. Po dwóch godzinach rozmowy, zmieniłam zdanie o nowopoznanym mężczyźnie. Był to mądry, prosty człowiek, dla którego najważniejsza była rodzina. Życzymy wszystkiego dobrego! A Panu sołtysowi Nowej Wsi również dziękujemy za przekąskę na drogę powrotną do Warszawy.

Podsumowując:

To była moja pierwsza długa wyprawa. Wiele razy musiała przełamać swoje lęki i słabości. Opłacało się, dzięki temu jestem silniejsza i wiem, że na jeszcze wiele mnie stać.

Każdy mając możliwość skorzystania z urlopu może wybrać się na taką wyprawę, jednak ważne aby nie zapomnieć o asortymencie i najważniejsze … swojej drugiej połówce.